Lancome - Color Fever Shine :)

piątek, 9 września 2011

O istnieniu pomadek Lancome z serii Color Fever Shine dowiedziałam się zupełnie przypadkiem,
w momencie, gdy jedną z nich otrzymałam w prezencie :) Początkowo jej kolor wydał mi się dość banalny, ot, różowo-koralowa szminka, jakich wiele. Używana od niechcenia, z czasem stała się moim numerem jeden wśród kolorowych kosmetyków do ust.

Szminka zamknięta jest w słodkim, metalowym opakowaniu z plastikową wstawką w kolorze fuksji. Muszę przyznać, że design produktu podobał mi się do czasu, gdy nie dokupiłam drugiej szminki z tej serii, co prawda w innym odcieniu ale za to w takim samym opakowaniu. Odróżnienie jednej pomadki od drugiej graniczy z cudem, a jedyna informacja o kolorze znajduje się na spodzie, nadrukowana niewielką czcionką. W ten sposób  początkową, pochlebną opinię w kwestii opakowania zastąpiłam postawą sceptycznej, czepliwej konsumentki :) Producent powinien dopracować ten detal, bo na dłuższą metę, zwłaszcza w sytuacji braku czasu, poszukiwania odpowiedniego koloru mogą być irytujące.
W swojej skromnej kolekcji posiadam dwie szminki z serii Fever Color Shine:
- nr 300 - Pink Drip - kolor różowo-karminowy, pełen srebrno-złotych, dość sporych drobinek
- nr 302 - Drizzle Peach - prześliczny różowo-koralowy kolor, z dużą ilością małych drobinek.

Drizzle Peach to mój absolutny faworyt. Na ustach wygląda świeżo i naturalnie. Sprawdza się idealnie jako dopełnienie dziennego makijażu, choć na wieczór, do różnych wersji smokey eyes wygląda równie dobrze.

Pink Drip to kolor dużo bardziej nasycony. Nie noszę go na dzień, ponieważ nie lubię mocno podkreślać ust. Doskonale sprawdza się natomiast do wieczorowego makijażu. Nie do końca podoba mi się wielkość i ilość drobinek wtopionych w  pomadkę. Myślę, że z powodzeniem mogłoby być ich o połowę mniej, z korzyścią dla efektu na ustach.
Szminki noszą się fenomenalnie. Raz nałożone, pozostają na ustach przez długi czas (spokojnie kilka godzin, nawet w przypadku jedzenia i picia). Nie są kryjące - pokrywają usta lekkim, transparentnym kolorem. Oczywiście, w zależności od zaaplikowanej ilości, można osiągnąć zróżnicowany efekt, niemniej silne krycie leży poza ich możliwościami. Efekt na ustach prezentuje się naturalnie (zwłaszcza w przypadku jaśniejszego koloru). Szminki mają lśniące wykończenie, które przypomina połączenie szminki i brokatowego błyszczyka. Na ogromny plus zasługuje formuła szminek - seria Color Fever Shine nie wysusza ust. Koloru Peach Drizzle używam obsesyjnie każdego dnia (w związku z czym zmuszona byłam zaopatrzyć się w kolejną sztukę), a moje usta mimo to pozostają w całkiem niezłym stanie. Szminka posiada przyjemny, lekko owocowy zapach, który dodatkowo uprzyjemnia i tak komfortową aplikację :)
Chwilę zajęło mi przekonanie się do szminek Lancome. Teraz jestem ich wierną fanką, a kolor Peach Drizzle to obowiązkowy element mojego codziennego makijażu. Opakowanie, pomimo że nie do końca przemyślane, wykonane zostało niezwykle solidnie, co pozwala na swobodne noszenie szminki w torebce.  Myślę, że propozycja Lancome sprawdzi się idealnie do każdego koloru oczu i odcienia skóry. Polecam miłośniczkom delikatnego i naturalnego efektu (chociaż w ofercie firmy znajdują się również mocne, rockowe kolory). Serdecznie polecam!!!
Buziaki!

Podobne wpisy

3 komentarze

  1. Podpisuję się pod tym obiema rękami! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. jakie piekne....
    myslalam, ze spodoba mi sie tylko jedna, ale na ustach obie wygladaja zabojczo!
    ja mam jedna szminke Lancome z limitowanki, ale niestety to nie moj kolor;)

    http://shpcdream.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. Równocześnie, grzecznie proszę o niespamowanie zaproszeniami.