Ballerina Backstage - blush souffle - alternatywne zastosowania :)

poniedziałek, 12 września 2011

Miało być pięknie. Róż w kremie był najbardziej wyczekanym elementem limitowanki Essence Ballerina Backstage. W jego zdobycie zaangażowałam Narzeczonego, który, z wrodzonym sobie wdziękiem, zbajerował panie w Douglasie, w efekcie czego róż trafił do mnie mimo, że w szafie rzekomo już go nie było. I co? I nic. To kosmetyk, którego jedyną zaletą jest to, że ładnie wygląda w opakowaniu.

Jak wspomniałam, w dość mozolny sposób stałam się posiadaczką 6,1 g absolutnie bezużytecznego kosmetyku. Aplikacja zgodna z przeznaczeniem - na kości policzkowe - nie przynosi najmniejszego rezultatu. Róż na skórze staje się niewidzialny! Nie pomogło wklepywanie, nie pomogło smarowanie, nie pomogły inwektywy ani wyzywanie od bubli.
Róż jest naprawdę śliczny (prima ballerina, nr 01). Rzadko kiedy udaje mi się znaleźć odcień tak dobrze dobrany do mojej bardzo jasnej karnacji. Szczerze mówiąc, gdyby nie ten kolor, produkt już dawno wylądowałby w koszu. A tak, postanowiłam dać mu jeszcze jedną szansę. Pewnego razu, podczas kolejnej nieudanej próby aplikacji kosmetyku na policzki, mus przypadkowo wylądował na mojej powiece. I tam, o dziwo, okazał się widzialny, a do tego przyzwoicie trwały. Dodam tylko, że zachęcona tym drobnym sukcesem, zaczęłam eksperymentować z różem Essence na całego. Rezultaty nie do końca mnie zadowoliły, chociaż teraz wiem już, jak NA PEWNO nie należy go stosować (na paznokcie z bezbarwnym lakierem), ani z czym NA PEWNO nie wolno go łączyć (z płynnymi rozświetlaczami, z różami mineralnymi, z Duraline).
Jeśli mowa o jakichkolwiek konstruktywnych zastosowaniach różu Ballerina Backstage, z dumą stwierdzam,  że znalazłam dwa :) O pierwszym już wspomniałam - kosmetyk nieźle sprawdza się w roli kremowego cienia do powiek. W moim przypadku, nałożony na powiekę bez bazy, z powodzeniem wytrwał na niej cały dzień. Co ciekawe, nie zbiera się w załamaniu jak ma to miejsce w przypadku cienia w kremie (sic!) z tej samej edycji limitowanej! Muszę przyznać, że efekt jest całkiem fajny, oczywiście, pod warunkiem, że toleruje się na powiekach cukierkowe odcienie :) Pomimo złej jakości, załączę zdjęcie z makijażem wykonanym na bazie różu Balleriny (róż jako cień na całą powiekę + kreską grafitową kredką Flormar + tusz do rzęs). Dodam tylko, że na żywo całość wypada nieco korzystniej niż na zdjęciu.
Obiecuję popracować nad jakością zdjęć. Równocześnie, uprzejmie proszę nie komentować mojej opadającej powieki :)

Drugie zastosowanie, jakie udało mi się znaleźć dla różu Essence to baza pod kolorowe kosmetyki do ust. Nałożony na usta wtapia się w skórę i blednie (choć pozostaje widzialny co niewątpliwie należy mu zaliczyć na plus). Ładnie wyrównuje koloryt, matuje i wygładza. W fazie testów aplikowałam go pod szminki i pomadki i muszę przyznać, że istotnie przedłużał ich trwałość. Zwiększa również przyczepność innych kosmetyków, przez co trudniej o ich migrację poza obrys ust. Z uwagi na fakt, że w makijażu ust cenię naturalny, celowo trochę niedopracowany look, najbardziej przypadło mi do gustu połączenie różu z Ballerina Backstage z nawilżającym balsamem do ust zawierającym drobinki. Mikstura utrzymuje się na ustach porównywalnie do większości pomadek i szminek w odcieniu nude. Po dłuższym czasie warto zerknąć w lusterko, bo istnieje ryzyko zbierania produktu (a właściwie produktów) w kącikach ust.
Jaki morał płynie z moich eksperymentów z różem Ballerina Backstage? Ano taki, że przeznaczenie kosmetyku to rzecz umowna. Myślę, że gdyby producent nazwał swój produkt cieniem do powiek w kremie albo bazą przedłużającą trwałość pomadek, z powodzeniem sprzedałby tę samą ilość (czyli wszystko, bo o ile dobrze się orientuję, limitowanka zniknęła z półek w kilka dni). Inna sprawą jest jakość tego, co wkłada się do słoiczka i nazywa dumnie różem w musie. Najwyraźniej firma Essence postanowiła skorzystać z zaufania klientek i wypuścić serię kosmetyków nie do przyjęcia, a tym bardziej nie do użycia.

Bardzo nie lubię gromadzić produktów, których z różnych względów nie stosuję. Zwykle w takich sytuacjach odzywa się we moralistka i zmusza mnie do postanowienia, że od teraz, pod żadnym pozorem nie dam się nabrać na kolejny cudowny kosmetyk. Taki stan umysłu szlag trafia przy okazji najbliższej wizycie w drogerii, ale to już inna historia... :)

Dajcie koniecznie znać, czy udało Wam się znaleźć alternatywne zastosowanie dla swoich kosmetycznych bubli (najlepiej z LE Ballerina Backstage bo, na swoje nieszczęście, zakupiłam prawie całą serię!)

Buziaki!

Podobne wpisy

9 komentarze

  1. Bardzo przydatny post, dziękuję! :) U mnie na policzkach na szczęście jest widoczny, ale z pewnością wypróbuję alternatywne zastosowania.

    OdpowiedzUsuń
  2. Koniecznie mi napisz, jak go nakładasz, że nie znika :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kolor przepiękny, szkoda , że brak efektów.
    Oddałabym wiele za takie pełne usta , zazdroszczę ;)
    Musze powiedzieć ,że jako cień wygląda dość ciekawie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetnie poradziłaś sobie z tym nieszczęsnym różem! Nie miałam ostatnio przygód z bublami, więc nie podzielę się raczej żadnym trikiem ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Paula: wszystko to sprawa koloru różu. Właśnie dlatego nie miałam serca go wyrzucać :)

    Leila: dziękuję za ciepłe słowa. W kwestii cienia - fajerwerków nie ma, ale przynajmniej mogę go jakoś zużyć :)

    Idalia: dobrze zrobiłaś nie kupując go, ja następnym razem porządnie się zastanowię zanim dam się skusić ślicznym opakowaniem, ceną albo kolorem :)

    OdpowiedzUsuń
  6. super kolorek na ustach dodaje do obserwowanych

    OdpowiedzUsuń
  7. Cieni w kremie z tej serii używam jako bazy pod zwykłe cienie. I w tej roli spisuje się genialnie. :p

    OdpowiedzUsuń
  8. Motylica: próbowałam, niestety za każdym razem zbiera się w załamaniu, przez co cienie nałożone na niego również się zbierają.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. Równocześnie, grzecznie proszę o niespamowanie zaproszeniami.